Wyszukiwarka

Kategorie produktów


Polecamy szeroki wybór artykułów szkolno biurowych oraz pomocy edukacyjnych

Radocyna

Radocyna to kolejna zapomniana i nieistniejąca już dziś wioska Beskidu Niskiego. Po wojnie wszyscy mieszkańcy wyjechali w okolice Krywego Rogu, powróciła tylko jedna rodzina a w 1955 roku rozebrano obydwie cerkwie…
Okolice Nieznajowej, Wołowca, Radocyny to pogranicze Małopolski i Podkarpacia. Miejsce dziś opustoszałe, królestwo zwierząt i duchów. Ilekroć odwiedzamy ten peryferyjny i dziki dziś zakątek Polski zawsze dogania mnie myśl że tu powinien powstać park narodowy. Miejsce tak różne od Bieszczad, Pienin nawet od Magurskiego PN nie mówiąc o tak bliskich w sumie Gorcach czy Roztoczu. Ten mały kawałek świata ma w sobie coś tak nieopisywalnego, tak ulotnego że trudno przedstawić to komuś, kto własną nogą nie odwiedził tych miejsc. Świerkowe lasy Gorców, szum Grajcarka w Szczawnicy czy bezdroża wschodniego Roztocza zostają na zawsze w pamięci. A jednak…
Dziś w lipcowy ciepły, leniwy dzień wyruszyliśmy w niespieszną wędrówkę do cmentarza wojennego w Lipnej. Maj i czerwiec zagoniony, nie było czasu na wycieczki, teraz wybraliśmy spokojny spacer bez szalonych wzniesień i rekordowych, kilometrowych marszów. Czasem to wystarczy, trzeba tylko otworzyć oczy i cieszyć się ciszą a Beskid Niski podaruje nam swoje skarby.
Zaczynamy w Radocynie, obok Ośrodka Szkoleniowo – Wypoczynkowego a dotarliśmy tutaj potwornymi wertepami od strony Wyszowatki. Tu na miejscu możliwości jest kilka a wybór pada dziś na Lipne. To nie istniejąca już, a jakże by inaczej, łemkowska wioska po której pozostał jedynie cmentarz , połączony dziś z nekropolią wojenną z okresu I Wojny światowej, resztki zdziczałych sadów i symboliczne drzwi Beskidzkie z tablicą pamiątkową.
Wyruszamy wygodną leśną drogą, po obu stronach lasy grądowe, bajorka, małe grzęzawiska pełne życia. Przyroda wokół nas, jeszcze niewidzialna rechocze, śpiewa, kwili, krzyczy i hałasuje. Za chwilę na własne oczy niemal dotkniemy dzikiej Radocyny. Idziemy niespiesznie wygodnym traktem, do celu prowadzą nas charakterystyczne biało – czarne kwadraty. Do cmentarza w Lipnem mamy około godziny drogi – drogi przez las, przetykany zarośniętymi polanami. Mijamy też świeżo skoszony fragment – to miejsce gdzie może polować orlik na drobne ssaki, ptaki a nawet owady czy żaby. Dzięki takiej niewielkiej pomocy człowieka ten symbol Beskidu występuje tu tak licznie. Na gałęziach jesionu swojej szansy wypatruje myszołów, też bardzo liczny tutaj i łatwy do wypatrzenia ptak drapieżny. Przyroda całym swoim urodzajem pokazuje się dzisiaj na szlaku. W oczy rzuca się duża ilość motyli – to też znak rozpoznawczy tego miejsca. To swoisty miernik czystości powietrza i gleby nie zanieczyszczonych spalinami i chemią. Dwa zaskrońce spłoszone naszą obecnością przerywają swoją sjestę w promieniach lipcowego słońca i zwiewają w chaszcze.
Nawet nie wiemy kiedy dochodzimy do cmentarza – tu uwaga, łatwo przeoczyć biało – czarny znak po lewej stronie ścieżki, który lekko załamuje się wskazując miejsce skrętu. I rzeczywiście, czas skręcić w prawo, w zarośniętą pokrzywami ledwo widoczną ścieżkę. 200 metrów, lekkie wzniesienie i jesteśmy na zapomnianej nekropolii, tyko mała tablica i kilkanaście niszczejących grobów przypomina o dawnej Rusińskiej wsi. Jeszcze kilka metrów pod górę i jesteśmy na I wojennym cmentarzu – ogrodzony, na nim zwykłe drewniane krzyże, mały pomnik. To tutaj znaleźli spokój bezimienni żołnierze. Łemkowskie krzyże obok katolickich….
Idziemy z powrotem na leśną drogę ale jeszcze nie wracamy, jeszcze chwila do przodu. Mijamy kapliczki, na moment schodzimy z traktu aby wejść w zdziczałe polanki, dziś zarośnięte, pośród wysokiej trawy resztki pomników, krzyży… Chęć podejścia głęboko w zarośla powstrzymuje obawa przed żmijami, jest ich mnóstwo a ryzyko ugryzienia duże. I jakby na zamówienie drogę przecina nam mała żmijka, może półmetrowa, szybko ucieka w zarośla. Piękne zwierzę lecz niebezpieczne, bez odpowiedniego obuwia i ubioru nie warto ryzykować wizyty w jej królestwie… Dalej do przodu, po obu stronach przepiękny las, cisza, upał, zbiera się na burzę. Nagle dosłownie 3 metry od nas drzewo ożywa, z gałęzi podnosi się ogromny orlik z hukiem zatacza małe koło i  z charakterystycznym krzykiem odlatuje w las. Widziany z tak bliska robi oszałamiające wrażenie, krąży jeszcze gdzieś w pobliżu, nie podoba mu się chyba nasza obecność. No i słusznie - to jego dom. Wystarczy na dziś, wracamy tę samą drogą – można również dookoła, inną trasą, dwoma różnymi ścieżkami (droga obok kapliczki i druga obok drzwi w Lipnem) dojść do punktu wyjścia. Dziś wracamy tą samą wygodną trasą, a przyroda całym swoim dobrodziejstwem raduje oczy. Zapatrzony w kołujące wysoko nad nami ptaki o mało nie rozdeptuję zaskrońca wygrzewającego się na środku drogi – oburzony podnosi się na ogonie i kołysze na boki aż w końcu burcząc na nas cały czas schodzi nam z oczu. Zmęczeni dochodzimy do leśnego strumienia tuż obok leśnej pasieki, nogi odpoczywają w lodowatej wodzie. Cisza. Nagle z łomotem z pobliskich krzaków do biegu zrywa się łania, była tam cały czas, na wyciągnięcie ręki – może dwa metry od nas. Też szukała chłodu schowana w łopianach i olszynach, lecz nie mogła już ścierpieć naszej obecności. Ciekawe jak wiele zwierząt minęliśmy o włos dzisiejszego dnia. Gdyby nie brak cierpliwości Pani Jeleniowej nawet nie zauważyliśmy jej bliskości. I znów refleksja, że tu powinien być park narodowy… może kiedyś. Wracamy – i jakby na pożegnanie na poboczu kuna leśna z swoim żółtym „śliniakiem” obserwuje nasz odjazd. Nie boi się samochodu, trzeba tylko mieć nadzieję że przetrwa żyjąc tak blisko szosy.
Ktoś, nie pamiętam kto niestety, powiedział że las bez ciszy to tylko drzewa. A milczenia w Beskidzie Niskim nam nie brakuje. Taki jest ten zakątek Polski. Jeśli wejdziemy w tę ciszę to Radocyna odsłoni nam swoje bogactwo. Tak jak nam dzisiaj. Wracamy jak zwykle urzeczeni. I po co komu Sharm el Sheikh?